Zwiedzanie ośrodka

Siedziałam na tarasie wyczekując godziny wyjścia, bo pierwszego dnia zaczynaliśmy później, czyli o 11. Jakiś czarno – biały pieseczek, do kolana wpadł na naszą posesję i zaciekawiony podszedł do mnie, a kiedy go pogłaskałam stał się śmielszy i na zmianę chciał się bawić i być głaskanym. Jest uroczy. Ledwie przyjechałam już mam pierwszego przyjaciela:)

Wyszłam dużo wcześniej, bo Feran tylko tyle o ile pokazał mi drogę do ośrodka, tzn. powiedział mi, gdzie skręcić z naszej drogi, a potem miałam iść przez las. Bałam się, że nie trafię. Po kilku minutach z sercem pod gardłem dotarłam do ośrodka. Jakiś chłopak, który „wyprowadzał” na spacer mrówkojada, pokazał mi wejście dla wolontariuszy. Przywitałam się z Feranem, który przedstawił mnie Encar, właścicielce ośrodka. Dałam jej rzeczy dla kliniki, które przywiozłam.

Jakaś Dunka siedziała z małym wyjcem płaszczowym. Ani, bo tak miała na imię małpeczka chodziła po specjalnie przygotowanej dla niej tzw. „jungle gym”, czyli instalacji z gałęzi i lin. Przypomniał mi się Pomelo, ale Ani była dużo mniejsza od niego, mieściła mi się na dłoni.

Okazało się, że w tym tygodniu miało przyjechać czterech nowych wolontariuszy, a byłam jedyną osobą, która dotarła. Po załatwieniu formalności, o 11.30 wraz z turystami miałam zwiedzanie ośrodka. Bardzo chciałam być w grupie prowadzonej przez Australijkę Sky, bo słyszałam wcześniej jak fajnie, energicznie opowiadała coś turystom z poprzedniej grupy.

Ośrodek jest zaskakująco mały, ma poniżej 1 ha i mieszka  w nim ok. 200 zwierząt. Natomiast jest to sprawa drugorzędna, bowiem przykładowo małpy wyprowadzane są na całe dnie do lasu, tak więc w klatkach tylko śpią. W ośrodku są wyjce płaszczowe, czepiaki oraz kapucynki czarno-białe, leniwce, jelonki, dwa oceloty, dwa margaje, aguti i kilka innych zwierzaków. Xai, mulak białoogonowy, inaczej jeleń wirginijski, który jest symbolem Kostaryki, chodzi po ośrodku luzem. Podszedł do nas i polizał mnie po ręce. Jednak największą atrakcją była wizyta dzikich małp, na czele z Congą, która się wychowała w ośrodku i o której napiszę w innym wpisie.

Kiedy już kończyliśmy zwiedzanie, przechodził koło nas taki pracownik ośrodka, szeroko się uśmiechnęłam i niemal otworzyłam buzię, żeby się z nim przywitać, po czym sobie uświadomiłam, że tak naprawdę to go nie znam. Wczoraj oglądaliśmy taki film o Jaguar Rescue Center i on w nim występował. Ale by była wtopa.

Kiedy skończyłam zwiedzanie z turystami,  Nerea, opiekunka wolontariuszy pokazała mi tzw. zaplecze, czyli pralnię, kuchnię, skąd mam wziąć grabie, taczki i inne rzeczy do sprzątania. W międzyczasie pojawiła się druga wolontariuszka – podstarzała Włoszka, z której się podśmiewywałyśmy. Po oprowadzaniu oznajmiła, że ona nie chce pracować, tylko opiekować się zwierzętami. Ciekawe jak długo wytrzyma.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.