Zwierzątko, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam

Pierwszy dzień jest na ogół stresujący, bo jeszcze się nikogo nie zna, nie wie się co i jak. Cris wspominała, że część pracowników zaczyna o 7, a część o 8. Kristina zaś zawsze zaczyna o 8, więc pierwszego dnia poszłam z nią. W ośrodku jest 7 pracowników i mogę do nich dołączać i pomagać im w ich obowiązkach. Kuchnia mieści się pod naszym domkiem, tylko ma oddzielne drzwi, także dotarcie tam zajęło nam minutkę.

Kristina zapytała się Francisco czy może z nim pracować. Ja zaś nie bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić i wesoła, starsza blondynka zapytała mnie czy chciałabym jej pomóc. Jak się szybko przekonałam oni nie znają angielskiego, więc moje podstawy portugalskiego i hiszpański będą bardzo pomocne.

Dobrze trafiłam. Rose jest super. Wszystko mi fajnie wytłumaczyła co i jak mam robić. Bardzo się cieszę, że trafiłam na nią pierwszego dnia. Skończyłyśmy pracę w kuchni i poszłyśmy do takiego „pomieszczenia”, w którym po obu stronach znajdowały się klatki dla ptaków. Rose zapytała mnie czy mam kalosze. Na szczęście Carolina, z którą mailowałam przed wyjazdem wspomniała mi, że  mogą mi się przydać i je zabrałam. Poleciałam więc szybko zmienić buty, bo okazało się, że tutaj będę cały czas pracowała w kaloszach. Bo większość czyszczenia polega na polewaniu wodą ze szlaufa. W większości klatek były ptaki, pod koniec były jeszcze takie śmieszne jeże i marmozety zwyczajne (małpki).

Moja praca polegała na tym, że najpierw wynosiłam miseczki z klatki, odpady wrzucałam do wiaderka i myłam miseczki, potem wchodziłam do klatki – w drzwiach są specjalne otwory na szlaufa i myłam cały kamienny chodnik z odpadków jedzenia i gówienek. Szlauf w ręku i miejsce przy miejscu polewa się wodą, wszystko wpływa do specjalnego otworu. Super pomyślane. Taka praca to sama przyjemność. Potem jeszcze umyłyśmy korytarz między klatkami. Hitem dnia okazały się dla mnie mrówkojady, ponieważ Francisco (inny, będę go nazywała drugim), który się nimi opiekuje się rozchorował, Rose miała je nakarmić. W ośrodku są dwa mrówkojady wielkie i 5 czteropalczastych. Do pierwszych nie mogłam wejść, bo podobno są bardzo niebezpieczne. Za to poszłyśmy razem do drugich. Rose dała mi na ręce malucha, który szukał swoim nosko-mordką jedzonka w moim nosku. Była taki uroczy. Do jedzenia dostały brudno pomarańczową papkę. Pewnie niedługo się dowiem z jakich składników powstaje ten koktajl.

Potem poszłyśmy nakarmić Hirary – chłopca i dziewczynkę. Wcześniej nawet nie wiedziałam, że takie zwierzątka istnieją. Ależ one urocze są. Samiec od razu wszedł do klateczki z jedzeniem, a samiczka nie chciała, tylko biegała po takich drewnianych palach, kiedy Rose sprzątała im w klatce. Hirary są aktywne zarówno w ciągu dnia jak i w nocy, co utrudniało mi robienie zdjęć, bo ciągle biegały, przychodziły do mnie, bawiły się. Podobno bardzo łatwo je oswoić, ale nie są popularnym „zwierzątkiem domowym” ze względu na wydzielany zapach.

Hirara to gatunek drapieżnego ssaka lądowego z rodziny łasicowatych. Ma krótkie nogi i długie ciało, waży od niemal 3 do 7 kg. Długość jej ciała wynosi od  60 do 68 cm. Zwierzęta te mają ciemne (brązowe lub czarne) futro, jasną głowę i jasny trójkątna szyi. Mimo słabego wzroku potrafią się wspinać na drzewa, do wysokości 40 m. Nasze hirary żyły we dwie, normalnie mogą być samotnikami lub żyć w towarzystwie jednego czy dwóch osobników. Jedzą owoce, jajka, insekty i mięsko.

Kiedy wróciłyśmy do kuchni przyjechała ciężarówka z owocami i warzywami – dostają z supermarketu rzeczy, które się nie sprzedały i trzeba je posortować: co się nadaje do jedzenia dla zwierząt, a co dla świn (pekari), rozpakować z folii itd. Niewdzięczna robota. Tzn. samo sortowanie nie jest takie złe, aczkolwiek czasem brudzące. Gorsze jest wynoszenie ciężkich skrzynek z ciężarówki, albo potem pakowanie skrzynek do lodówy w kuchni. Ok. 12 jest godzinna przerwa na lunch.

Po południu poszłyśmy z Rose nakarmić ptaszki, u których wcześniej sprzątałyśmy.

Bardzo się ucieszyłam, kiedy weszłyśmy do klatki tukana i mogłam mu dawać jedzonko z ręki, bardzo delikatnie swoim dzióbkiem brał ode mnie owoce. Tukanom kroimy papaję i banana na małe, cienkie plasterki. Dostają też kolorowy granulat. Potem poszłyśmy posprzątać jeszcze klatki łabędzi i aligatorów. Następnie udałyśmy się do położonego nieopodal kuchni szpitalo-wylęgarni i mieszczącego się obok przedszkola. W pierwszym budynku za wejściem znajduje się mała kuchnia, potem w klatkach chore  i wymagające specjalnej opieki ptaszki, w ostatnim pomieszczeniu jest wylęgarnia, tutaj porzucone z porzuconych jajek mają szanse wykluć się ptaszki. Mieszkają tu też świeżo –wyklute ptaszki. Myjemy im miseczki i zmieniamy jedzonko. Ściągam trzy zawieszone klateczki, zmieniam podkład z gazety, myję miseczki, zmieniam wodę i daję kawałek papai i pół jajka. Podłogę myjemy szlaufem. Niektórym ptaszkom dajemy też ziarna.

Po skończonej pracy idę z Kristiną na spacer po ośrodku. Jest ogromny jest tu tyle różnych alejek, jeszcze się sama gubię w tych labiryntach. Młoda puma Afrodite przyszła do mnie do ogrodzenia, tak, żebym mogła ją pogłaskać  i mruczała. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wejść do niej do środka.

Na jutro umówiłam się z Neusi, bo ona zajmuje się koteczkami, już nie mogę się doczekać, aż je zobaczę. Zresztą już zrobiłam tygodniowy grafik z kim kiedy będę pracowała. Zależy mi, żeby z  każdym popracować, żeby poznać wszystkich pracowników i ich obowiązki, a także zwierzaki w ośrodku.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

3 Komentarze

  1. Cześć:) Bardzo swietny wpis :) W sumie nie tylko ten, czytalem kilka ostatnich Twoich wpisow i szczerze muszę Ci przyznac, ze naprawdę wiesz o czym piszesz, masz duzy talent :) Zawsze po przeczytaniu najnowszego, nie mogę się już doczekac na kolejny :) Naprawde swietnie piszesz, sam chcialbym posiadac tak ogromny talent do pisania, jaki to talent niezaprzeczalnie wielki posiadasz Ty :p

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.