Życie w Moholoholo

W Moholoholo panowały restrykcyjne przepisy co do ubioru: wszyscy musieliśmy mieć zakryte kolana i ramiona. Stosunki damsko męskie były niedopuszczalne. Pracownik, który szedłby z dziewczyną za rękę zostałby za to zwolniony. Gdyby związał się z byłą wolontariuszką, także groziłaby mu utrata pracy. Pracownicy nie mogli mieszkać na terenie ośrodka z rodzinami. Panowała także całkowita prohibicja. Wolontariusze i pracownicy nie mogli spożywać alkoholu (nawet wieczorem czy w weekend). Jak wytłumaczono: pilot, który pije następnego dnia –  nie lata, praca z dzikimi zwierzętami jest jeszcze bardziej odpowiedzialna i może być niebezpieczna.

Trzeba uszanować zasady panujące w cudzym „domu”. Mnie jednak to miejsce przypominało trochę więzienie. Pracownicy nie mogli opuszczać terenu ośrodka. Przez miesiąc codziennie pracowali, a potem mieli 8 dni wolnego i mogli pojechać do domu. To ciężkie życie.

Poza tym porównując ten ośrodek z innymi, w których odbyłam wolontariat, tutaj było stosunkowo niewiele pracy i była ona dosyć lekka. Natomiast było sporo wycieczek i innych atrakcji, których nie było na poprzednich wolontariatach. Nigdy nie ruszyłam się z ośrodka. Tutaj zaś byłam na safari, parę razy karmiliśmy hipcie i zebry, wypuściliśmy na wolność karakala złapanego przez farmera, uratowaliśmy orła, pojechaliśmy na nocne safari, śledziliśmy ślady zwierząt. To były niezwykłe przeżycia. Zwłaszcza kiedy podczas safari wysiedliśmy z samochodu i podeszliśmy blisko do dzikich słoni czy do bawołów.

Dużo nauczyłam się o ochronie dzikich gatunków zwierząt. Poza tym po raz pierwszy pracowałam z nosorożcem i żyrafą. To było zupełnie inne doświadczenie niż poprzednie. Poznałam też brutalną stronę ochrony zagrożonych wyginięciem gatunków zwierząt i wreszcie dotarło do mnie jak poważnym zagrożeniem jest to, że zwierzęta tracą naturalne siedliska. Ludzie, żeby zmieścić się na małym terenie budują wieżowce, tymczasem zwierząt nie da się upchnąć na mniejszym terenie, bo te będą walczyły o swoje terytorium i słabszy zostanie wyrzucony lub zabity.

Patronem medialnym projektu jest National Geographic Traveler.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.